|
Pani Danuta jest emerytką i
mieszka na górnym Mokotowie. Od lat opiekuje się bezdomnymi
kotami z sąsiednich podwórek, a jest ich niemało! Codzienni je
karmi, a gdy trzeba leczy.
Niestety kociego nieszczęścia
ciągle przybywa – do tych kotów, które porzucili właściciele
dołączają małe kociaki, z których niewielu udaje się dorosnąć.
W tym roku dzięki funduszom
uzyskanym w aukcji rzeczy przekazanych Wolontariuszom Psiakość
przez artystów udało się pomóc osobom, które tak jak Pani
Danuta same borykają się z opieką nad bezdomnymi kotami.
W pierwszym rzędzie akcja
sterylizacyjna, która jest jedynym skutecznym sposobem na
zatrzymanie ciągłego „przypływu” bezdomnych kotów droga
naturalną. Dla takich osób jak pani Danuta, które utrzymują
się z emerytury to rzecz nieosiągalna. A są i inne trudności.
Nam udało się je pokonać. Życzliwa fundacja ARKA pożyczyła nam
klatkę-pułapkę, naszym chirurgiem została Pani Anna Laudańska.
To dzięki jej zaangażowaniu przeprowadzenie akcji stało się w
ogóle możliwe. Koty „łapią” się wieczorem – to jest pora
karmienia, a one dopiero pod osłoną ciemności czują się
bezpiecznie i wychodzą ze swoich kryjówek.
Ale co dalej? Złapany w małą
klateczkę kot wyje i rzuca się – gdzie z nim iść o ósmej
godzinie wieczorem? I jak? Czekać do rana? W jakim stanie
będzie kot po takiej nocy? Rano jechać do weterynarza, potem
odebrać po południu – kto miałby na to tyle czasu i siły
(rzucający się w klatce dorosły kot to niezły balast!).
Ale z Panią Anną wszystko
stało się łatwe: telefon wieczorem, że „ofiara” już jest i za
godzinę najpóźniej uśpiony kot jedzie na operację. Po kilku
dniach w kocim szpitalu w Otrębusach, gdzie urzęduje Pani
Anna, wraca na swoje podwórko. Żadnych szwów do zdejmowania,
żadnych kaftaników czy kloszy – to również dzięki specjalnej
metodzie, jaką stosuje Pani Anna.
Przygotowanie akcji trwało
kilka miesięcy, ale za to, kiedy ruszyła to naprawdę szybko. W
ciągu miesiąca udało się wysterylizować 5 kotek. Zostało ich
jeszcze 6-7, ale i na nie przyjdzie kolej. To, co dotychczas
zostało zrobione oznacza, że w tym roku na podwórkach pojawi
się nawet o 125 (sto dwadzieścia pięć) małych, bezdomnych
kotków MNIEJ! (kotki kocą się do 5 razy w roku i mają ok. 5
kociąt)
Tniemy dalej!
No właśnie, kociaki! Na
bazarku, koło ulicy Bytnara (też „rewir” Pani Danuty), pod
budką z artykułami chemicznymi, okociła się w październiku
kotka. Cztery małe kociaki, na ziemi gdzieś pod budą, a tu
listopadowe mroźne noce (-17 C!).
Pani Danuta otoczyła je opieką
jak tylko mogła – przygotowała ciepły schowek i ustawiła koło
budy, dwa razy dziennie zanosiła ciepłe jedzenie. A to wcale
niełatwo: pomimo słownych deklaracji o miłości do zwierząt,
ludzie wcale nie są tak życzliwi! Przeszkadza im dosłownie
wszystko, niektórym nawet przy mrozie –10 C jedzenie gniło i
śmierdziało
Zima w pełni, kociaki
zaczynają kaszleć i parskać, a w styczniu ich kocia mama je
zostawiła i poszła w „tango”. I tu maluchy były już zdane
tylko na Panią Danutę. Ciepłe mleczko na rozgrzewkę rano i
wieczorem, antybiotyki, pożywne jedzenie. Najgorsze mrozy już
minęły, wydawało się, że zaraz nastanie wiosna, a tu
nieszczęście. Jeden z kocurków, ten najmocniejszy wydawał się
być z każdym dniem słabszy. Aż pewnego dnia wyszedł zza
ogrodzenia na chodnik i położył się u stóp pani Danuty.
Wyziębiony, chory i skrajnie wycieńczony szukał pomocy.
Pani Danuta zwróciła się do
nas po pomoc – przy jej dochodach nie mogła się podjąć
ratowania kotka. Mały Fiat odpalił jak rakieta i za moment
byliśmy znowu w przychodni. Niestety, nie pomogły już ciepłe
kroplówki, antybiotyki i sterydy – było za późno, a kotek zbyt
osłabiony. Opuścił nas następnego dnia po południu.
Tak to jest z „dzikusami” –
uciekają do ostatnich sił chyba, że już sił nie mają. Ale
zawsze trzeba próbować im pomóc albo, chociaż ulżyć w
cierpieniu!
[powrót] |