 |
Koty wolno-żyjące od dawna
wpisane są w „pejzaż” naszych miejskich osiedli. Pewna stała
ich populacja jest czymś naturalnym i pożytecznym. Niestety
większość samorządów gmin i administracji osiedli nie prowadzi
racjonalnego programu zapobiegania bezdomności zwierząt i
opieki nad nimi. Programu, który obejmowałby długofalową akcję
sterylizacji, pomoc przy adopcjach, dokarmianie wolno-żyjących
kotów i zapewnienie im bezpiecznych, ciepłych miejsc, w
których mogłyby schronić się zimą.
Osoby prywatne dokarmiające
bezdomne koty na miejskich osiedlach robią to nieraz całymi
latami z własnych, często bardzo skromnych, środków
finansowych. Leczą koty, w miarę możliwości sterylizują,
szukają domów dla kociąt. Z pomocą przychodzą im fundacje,
stowarzyszenia, grupy wolontariuszy takie jak „Psiakość”.
Oto opowieść pani Magdy
dokarmiającej koty na jednym z warszawskich osiedli:
„Dwa lata temu zaczęłam
systematycznie opiekować się kotami żyjącymi w najbliższym
otoczeniu naszego bloku. Dokarmiam je, część kotek udało się
wysterylizować, dla paru małych kotków znalazłam domy. Pięć
kotów przyjęłam do domu na stałe.
Tego lata w ogródku przy
sąsiednim bloku znów jedna z dzikich kotek urodziła małe – dwa
czarne, dwa w łatki. Jeden z nich – czarny kocurek z białą
krawatką – od początku był bardzo ufny, przyjazny, garnął się
do ludzi. Dawałam ogłoszenia w nadziei, że ktoś go przygarnie.
Żałowałam, że nie mogę go wziąć do siebie. Niestety pięć kotów
domowych i 6-7 dokarmianych na zewnątrz wyczerpało moje
możliwości finansowe...
Nadeszła zima. W grudniu, ku
mojemu zdziwieniu okazało się, że czarny kocurek znalazł drogę
na balkon mojego parterowego mieszkania. Ponieważ nie wracał
do rodzeństwa zbudowaliśmy mu prowizoryczną budkę na balkonie.
Z pewnością łatwiej znalazłaby się osoba chętna do
zaadoptowania go, gdyby był w domu, zdrowy i korzystał z
kuwety. Niestety, nie mogłam go wpuścić do domu - miał koci
katar i istniało niebezpieczeństwo zarażenia moich pięciu
domowych futrzaków. Na leczenie go również nie miałam już
środków. Sytuacja wydawała mi się bez wyjścia gdy opisałam ja
na grupie dyskusyjnej pl.rec.zwierzaki.
Nie ma jednak sytuacji bez
wyjścia gdy wokół nas są życzliwi ludzie, którzy chcą i
potrafią pomóc. Prawie natychmiast zgłosiła się do mnie
wolontariuszka grupy „Psiakość” oferując wszechstronną pomoc.
Przywiozła dużą, wygodną klatkę w której odizolowałyśmy
kocurka od domowego stada w pokoju syna. Zawiozłyśmy kota do
weterynarza, który go zdiagnozował (koci katar i świerzb
uszny) i można było rozpocząć leczenie. Znalazły się pieniądze
na opłacenie rachunków weterynarza, karmę, witaminy. Nie bez
znaczenia jest również wsparcie psychiczne jakie otrzymałam od
wolontariuszki „Psiakości”. Jej życzliwość i świadomość, że
mam się do kogo zwrócić o pomoc bardzo mi pomagały w trakcie
długiego leczenia Pompona.
Pompon – bo takie imię mu
nadałyśmy – spędził w pokoju mojego syna prawie dwa miesiące.
Miał obniżoną odporność i przewlekła formę kociego kataru,
powikłaną bakteryjnym nadkażeniem dróg oddechowych. Kilka
serii antybiotyków, leki na poprawę odporności, inhalacje,
czyszczenie uszu – wszystko to Pompon znosił cierpliwie. To
przemiły, radosny, przyjazny i inteligentny kot. Gdy leczenie
zostało zakończone bez trudu znalazły się osoby chętne do
zaadoptowania Pompona.
Zdaję sobie sprawę, że gdyby
nie pomoc „Psiakości” los tego przemiłego kocurka o
jedwabistym futerku byłby smutnym losem bezdomnego,
zmarzniętego i chorego kota.”
[powrót] |
 |