jesteś w dziale: Kronika

 
     
 

menu

.:

aktualności

.:

grupa PSIAKOŚĆ

.:

kronika naszych akcji

.:

napisali o nas

.:

podziękowania

 

poradniki

.:

sterylizacja

.:

dla Adoptujących

.:

opieka nad kotem

.:

opieka nad psem

 


ostatnia aktualizacja:

czwartek
01 lipca 2004

 

Pompon

Koty wolno-żyjące od dawna wpisane są w „pejzaż” naszych miejskich osiedli. Pewna stała ich populacja jest czymś naturalnym i pożytecznym. Niestety większość samorządów gmin i administracji osiedli nie prowadzi racjonalnego programu zapobiegania bezdomności zwierząt i opieki nad nimi. Programu, który obejmowałby długofalową akcję sterylizacji, pomoc przy adopcjach, dokarmianie wolno-żyjących kotów i zapewnienie im bezpiecznych, ciepłych miejsc, w których mogłyby schronić się zimą.

Osoby prywatne dokarmiające bezdomne koty na miejskich osiedlach robią to nieraz całymi latami z własnych, często bardzo skromnych, środków finansowych. Leczą koty, w miarę możliwości sterylizują, szukają domów dla kociąt. Z pomocą przychodzą im fundacje, stowarzyszenia, grupy wolontariuszy takie jak „Psiakość”.

Oto opowieść pani Magdy dokarmiającej koty na jednym z warszawskich osiedli:

„Dwa lata temu zaczęłam systematycznie opiekować się kotami żyjącymi w najbliższym otoczeniu naszego bloku. Dokarmiam je, część kotek udało się wysterylizować, dla paru małych kotków znalazłam domy. Pięć kotów przyjęłam do domu na stałe.

Tego lata w ogródku przy sąsiednim bloku znów jedna z dzikich kotek urodziła małe – dwa czarne, dwa w łatki. Jeden z nich – czarny kocurek z białą krawatką – od początku był bardzo ufny, przyjazny, garnął się do ludzi. Dawałam ogłoszenia w nadziei, że ktoś go przygarnie. Żałowałam, że nie mogę go wziąć do siebie. Niestety pięć kotów domowych i 6-7 dokarmianych na zewnątrz wyczerpało moje możliwości finansowe...

Nadeszła zima. W grudniu, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że czarny kocurek znalazł drogę na balkon mojego parterowego mieszkania. Ponieważ nie wracał do rodzeństwa zbudowaliśmy mu prowizoryczną budkę na balkonie. Z pewnością łatwiej znalazłaby się osoba chętna do zaadoptowania go, gdyby był w domu, zdrowy i korzystał z kuwety. Niestety, nie mogłam go wpuścić do domu - miał koci katar i istniało niebezpieczeństwo zarażenia moich pięciu domowych futrzaków. Na leczenie go również nie miałam już środków. Sytuacja wydawała mi się bez wyjścia gdy opisałam ja na grupie dyskusyjnej pl.rec.zwierzaki.

Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia gdy wokół nas są życzliwi ludzie, którzy chcą i potrafią pomóc. Prawie natychmiast zgłosiła się do mnie wolontariuszka grupy „Psiakość” oferując wszechstronną pomoc. Przywiozła dużą, wygodną klatkę w której odizolowałyśmy kocurka od domowego stada w pokoju syna. Zawiozłyśmy kota do weterynarza, który go zdiagnozował (koci katar i świerzb uszny) i można było rozpocząć leczenie. Znalazły się pieniądze na opłacenie rachunków weterynarza, karmę, witaminy. Nie bez znaczenia jest również wsparcie psychiczne jakie otrzymałam od wolontariuszki „Psiakości”. Jej życzliwość i świadomość, że mam się do kogo zwrócić o pomoc bardzo mi pomagały w trakcie długiego leczenia Pompona.

Pompon – bo takie imię mu nadałyśmy – spędził w pokoju mojego syna prawie dwa miesiące. Miał obniżoną odporność i przewlekła formę kociego kataru, powikłaną bakteryjnym nadkażeniem dróg oddechowych. Kilka serii antybiotyków, leki na poprawę odporności, inhalacje, czyszczenie uszu – wszystko to Pompon znosił cierpliwie. To przemiły, radosny, przyjazny i inteligentny kot. Gdy leczenie zostało zakończone bez trudu znalazły się osoby chętne do zaadoptowania Pompona.

Zdaję sobie sprawę, że gdyby nie pomoc „Psiakości” los tego przemiłego kocurka o jedwabistym futerku byłby smutnym losem bezdomnego, zmarzniętego i chorego kota.”


 
     
 

© 2001, prawa autorskie zastrzeżone
wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie możliwe wyłącznie za zgodą Webmastera